Kolebka państwa polskiego – powrót z Poznania

Na początku miesiąca gościłyśmy u znajomych w Poznaniu. Po kilku dniach nadeszła pora powrotu, jednak dopiero dziś znalazłam chwilę, żeby ten powrót opisać. Dostałam od naszych gospodarzy  cenne rady na temat objazdu, który pozwoliłby mi na ominięcie bramek na prywatnej autostradzie, gdzie pobierane są drakońskie opłaty. Wszystko by poszło gładko, gdybym tyle nie gadała za kółkiem. A było tak, że podążając według wskazówek bocznymi drogami, gdzieś się zamotałam i źle skręciłam:

– Obawiam się dziewczyny, że źle skręciłam i właśnie jedziemy drogą w kierunku Gniezna.
– A co to Gniezno?
– To takie miast gdzie kiedyś była stolica Polski i mieszkał nasz pierwszy król. Jest tam wspaniała katedra. Byłam tam wiele lat temu – bla bla bla, włączyło mi się snucie opowieści – Zaraz znajdę jakieś dobre miejsce żeby zawrócić.
– A musimy zawrócić? Nie możemy tam pojechać i obejrzeć tę katedrę?

W sumie to nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Przestałam szukać możliwości do zawrócenia i pomknęłyśmy przed siebie. W sumie to kto powiedział, że nie możemy wrócić troszkę inna drogą. Autostrady są takie nudne i meczące. A poza tym na autostradę zawsze można wrócić.

Jadąc w kierunku Gniezna przypomniało mi się w jakich okolicznościach znalazłam się tam piętnaście lat temu. To było Ogólnopolskie Spotkanie Młodych Lednica 2000. Wtedy na Polach Lednickich stanęła Brama Ryba. Pomyślałam sobie że skoro jestem tak blisko, to byłoby żal nie zajechać. W końcu nie wiadomo kiedy nadarzy się kolejna okazja. Zboczyłam trochę z drogi i znalazłam Pola Lednickie (szkoda, że nie byłam przygotowana, zajechałybyśmy po drodze na Ostrów Lednicki). Dziewczyny wyskoczyły z samochodu i zaczęły konsumpcję (zadziwiające jaki dzieci mają apetyt w podroży) a ja zajrzałam na stronę opencaching.pl, żeby sprawdzić, czy nie kryje się tu dla nas jakiś skarb do odkrycia. Skarby były dwa. Zaprogramowałam sobie GPS i ruszyłyśmy na spacer. Upał był okrutny. Dzieci brykały po rozległej łące na środku której na niewielkiej górce tkwi widoczna z daleka Brama Ryba, a ja odświeżałam wspomnienia.

Brama-ryba na Polach Lednickich Brama-ryba

Po obejrzeniu i obmacaniu bramy uruchomiłyśmy GPS i zaczęły się poszukiwania. Misia okazała się bardziej wytrwała niż ja. Mnie zmęczył upał i odwalanie kamieni w miejscach, które wskazywał GPS a GPS troszkę się gubił. Ja już miałam po woli dość, ale Miśka stwierdziła „No przecież się nie poddamy”, po czym zagmerała patykiem w miejscu, które wydawało jej się podejrzane i wyciągnęła czarny worek który zabezpieczał skrzynkę.Skarb w lesie

Drugi kesz był bardzo łatwy. Wystarczyło dojść w upale i skwarze do krzyża będącego repliką tego z Giewontu. Skarb pod krzyżem Zgrzane i zmęczone wróciłyśmy do samochodu. Dziewczyny oczywiście głodne, mimo że jadły po drodze słodkie mirabelki, których mnóstwo rośnie na obrzeżach Pól Lednickich. W końcu ruszyłyśmy do Gniezna. W pobliżu katedry znalazłyśmy jakąś przyzwoitą pizzerie. Czekając na pizze sprawdziłam okolice katedry i okazało się że i tu nie trzeba daleko szukać bo kesz jest o krok. Można się było tego spodziewać. Przeglądając mapę i badając możliwość powrotu na autostradę rzuciło mi się w oczy jezioro Gopło. Przypomniało mi się wtedy, że czytając relację z wrześniowego warsztatu projektu Dziecko na Warsztat II, opublikowaną na blogu MATKA (NIE)POLKA planowałam, że kiedyś tam z dziewczynami pojadę. W końcu to niedaleko od Gniezna. Zamiast więc planować trasę powrotu na autostradę zaplanowałam trasę do Kruszwicy i poszłyśmy oglądać Katedrę Gnieźnieńską.

KAtedra w Gnieźnie - pomnik Bolesława Chrobrego Katedra w Gnieźnie Katedra w Gnieźnie - relikwiarz św Wojciecha

Katedra niezmiennie robi na mnie wrażenie. Dziewczynom tez się podobało monumentalne wnętrze oraz relikwiarz ze szczątkami św. Wojciecha. Późnym popołudniem nie da się już zwiedzić podziemi ani zobaczyć Drzwi Gnieźnieńskich, co tylko nieznacznie popsuło nam humor. Za to znalazłyśmy kesz ukryty w okolicy katedry. Zauważyłyśmy tez pewnego „podejrzanego” jegomościa, który z małym turystycznym GPSem kręcił się w okolicy, jakby czekając na coś. Może tak jak my czekał aż wszyscy sobie pójdą.

Wróciłyśmy do samochodu i wtedy zaproponowałam dziewczynom, żebyśmy zamiast prosto do domu pojechały jeszcze do Kruszwicy. Odpowiedzią był aplauz.

W Kruszwicy byłyśmy dość późno ale jeszcze przy dziennym świetle zobaczyłyśmy Mysią Wieżę. Po zjedzeniu wybornych lodów zabrałyśmy się za szukanie ukrytego skarbu. A jakże.  Mysia Wieża w Kruszwicy Pod Mysią wieżą Potem powiedziałam dziewczynom, że drugi jest wgłębi półwyspu. Nie było mowy, żeby wrócić do domu nie próbując go zdobyć. Wcale nie zamierzałyśmy zachodzić na plażę, ale nie zabrałyśmy ze sobą wody a wszystko wskazywało na to, że na plaży da się ją kupić. Jakie było moje zdziwienie, gdy wychodząc zza rogu budynku natknęłam się na znajomych, z którymi nie raz spotykałyśmy się w Warszawie na lekcjach muzealnych (min Martę, autorkę bloga MaMartSI).

Oczywiście nie mogłam odmówić dziewczynom, które bardzo chciały pomoczyć nogi w jeziorze. Prosiłam tylko, uśmiechając się tajemniczo, żeby uważały na Goplanę. Goplano! Gdzie jesteś? Ciepła woda, wodorosty i fale

Ukryty w okolicy muszli koncertowej kesz znalazłyśmy w drodze powrotnej tuż przed zmierzchem. Do domu pojechałam przez Włocławek i Płock. No i co z tego, że nie najszybsza i nie najkrótszą drogą. I tak była to bardzo przyjemna podróż.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *